Fragment 1

 


Rozdział 19 Żegnaj, synu pustyni (fragment)



Cały świat dookoła zdawał się milcząco czekać na niego, na Setha ukrytego we własnym wstydzie w pokoju. Wyłączył światła, ukrył twarz w dłoniach. Czuł jak przez plecy co chwila przechodzą go dreszcze, jak na czole pojawiają się kolejne kropelki potu, a umysł coraz mniej obecny odpływa w coraz dalsze odchłanie jego własnej podświadomości. Siłą woli musiał przywoływać się z powrotem; upominać, że to jeszcze nie czas by odchodzić. Zawsze gdy tylko odchodził znów w głąb siebie widział bezkresny horyzont pustyni, do ukrytego za masami gorącego powietrza Awaris, które lśniąc w słońcu oślepiało każdego, kto je odwiedził. Widział mury z piaskowca, wysokie na kilka metrów, ogromną drewnianą bramę, łuczników na basztach, którzy na jego widok podnosili się i otwierali wrota. To było wspaniałe miasto, którego podstawę stanowiło wysokie wzgórze. Po nim i  ku niemu pięły się drogi, które prowadziły do stojącego na szczycie pałacu z dachem pokrytym czystym złotem. 

Za murami znikała pustynia, a zaczynał się jego własny raj na ziemi. Biegające dzieci, drewniane powozy, okrzyki przejezdnych handlarzy, wszystko to mieszało się w zwykły gwar tętniącego życiem miasta. Szedł przed siebie, splatając dłonie za plecami. Mijający go ludzie zginali przed nim kolana w lekkim ukłonie, uśmiechali się delikatnie i pochylali głowy. On odpowiadał im wszystkim serdecznym skinieniem, witał wszystkie kobiety w delikatnych, zwiewnych sukniach wiązanych nad ramionami, mężczyzn którzy wszyscy według mody chodzili gładko ogoleni, w jasnych strojach z jedwabiu. Było upalnie, dlatego gdzie tylko się by się spojrzało ludzie stali pod zadaszeniami, damy machały wachlarzami w kształcie liści, jednak każdy z nich najchętniej podchodził to jednej z tych pięknych fontann, po których woda spływała kaskadami i mieniła się w słońcu. To był dar, to miasto było darem… 

Ocknął się gwałtownie, znów przyłapany na nieobecności. Wziął głęboki oddech, by upewnić swój umysł, że jego nozdrza nie napełnią się czystym upałem, a wilgotnym zapachem kamienicy. Podniósł głowę, zamrugał kilka razy odzwyczajony od ciemności. Wstał, oddychał ciężko ciągle się trzęsąc, choć nie było mu zimno. Zacisnął pięści i uniósł lekko podbródek. Jeśli to ma być koniec, to nie odejdzie mając za towarzystwo chorobliwe omamy. Podszedł do drzwi, które rozmywały mu się przed oczami, nacisnął na klamkę i otworzył je. Na korytarzu nie było ciemno - przed podłużne, wąskie okna z witrażem biegnące po frontowej ścianie kamienicy, wpadało światło uliczne, rozproszone na miliony odcieni fioletów i różu. Było cicho, więcej światła dobiegało z dołu. Seth oparł się lekko o framugę i jedną ręka próbował chwycić balustradę schodów przed nim. Wychylił się, w jego głowie wszystko zachybotało, a on z jękiem przyległ do poręczy. Czując, jak dygoce ruszył podparty wzdłuż schodów, stawiał stopy wolno, kolana uginały się pod nim jakby topniały z gorąca pustyni z jego wspomnień. Ciągle czuł przypływy fali gorąca w gardle, nierytmicznie drżące serce w piersi. Jeszcze kilka schodów i ktoś go usłyszy, jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Jego umysł co chwila uciekał do pustynnego miasta, do widoku ludzkich twarzy opalonych w palącym słońcu. W uszach miał szum własnej krwi pomieszany z ulicznym gwarem i śmiechem dzieci z Awaris. Ciągle musiał wracać świadomością do ciała, w pewnym momencie zorientował się, że łka. Paliło go w gardle, żyły pulsując coraz mocniej naciskały na krtań, przez co z każdą minutą nabierał mniej powietrza.

Jeszcze ostatni zakręt, ostatnie osiem schodów. Zadrżał, mocniej zacisnął ręce na balustradzie, zamrugał i skupił się na podłodze przed nim, nie pozwolił by odlatywała przed jego oczami, by zamieniła się w piach. Wpatrzony w nią szedł twardo dalej, nawet nie mrugał chociaż czuł, że oczy coraz mocniej go pieką. Jeszcze tylko sześć schodów. 

Nagle wszystko zrobiło się głuche, jakby zamarło przed nim. Zorientował się, że odpływa, gdy wszystko na około zawirowało i zaczęło ciemnieć, wziął więc głęboki oddech i puścił dłonie. Jego własny ciężar pociągnął go w dół, ku upragnionej podłodze. Przez chwilę wydawało mu się, że leci, jednak potem uderzył barkiem o schody, drugi raz już plecami i głową. Nawet nie czuł bólu, nie słyszał jak wychodząca z kuchni Zyta krzyczy, jak Marden i Airin zrywają się z miejsc. Widział tylko coraz to głębsza czerń, a w raz z nią jego jaźń opanował powolny stukot serca, przy którym coraz wyraźniej czuł płonąca we krwi truciznę. 


Gdy usłyszała ten głuchy huk, Mary wiedziała. Zatrzymała rękę nad zeszytem i podniosła głowę. Puste spojrzenie utkwiła w ścianie przed sobą, zamarła, gdy dobiegł ją krzyk kobiety i gwałtowny zryw jej przyjaciół. Kiedy już wszyscy w przerażeniu pochylali się nad Sethem wstała, chwyciła laskę i ruszyła kuśtykając na korytarz, by zostawić przestrzeń salonu na opłakiwanie zmarłego. 


Komentarze